WIELKI SKOK (aka Szalona Misja / Aces Go Places)

Mad Mission (Szalona misja), znana także jako Aces Go Places, pojawiła się w Polsce w drugiej połowie lat 80. – dokładnie w 1987 roku. Co ciekawe, trafiliśmy na nią nie w kinach, lecz na szklanym ekranie, w ramach sobotniego kina nocnego, czyli gdzieś po 23:00, pod tytułem „Wielki skok”. Pewnie wielu z Was już tego obrazu nie pamięta (seria liczyła w sumie pięć części), a dzięki ówczesnym władzom mogliśmy zobaczyć tylko trzy z nich. Za to melodia przewodnia – ta piosenka, która wpadała w ucho od pierwszych nut – potrafi nagle otworzyć szufladkę z wspomnieniami. Ale po kolei…

Film pochodził z Hongkongu, przynajmniej w tych częściach, które prezentowała nam telewizja. Była to mieszanka gagów, zwariowanej akcji i lekkiego puszczania oka do filmów o Jamesie Bondzie, a momentami także do przygód nieporadnego inspektora Clouseau. Oto bowiem mamy sprytnego, sprawnego i wysportowanego włamywacz King Kong, który wraz z nieco gamoniowatym detektywem ze Stanów Zjednoczonych – Albertem „Łysym” Au – łączy siły, by odnaleźć skradzione diamenty, zanim trafią one do rąk gangstera o pseudonimie „Biała Rękawiczka”. A gdy do tego duetu dorzucimy jeszcze porywczą sierżant Nancy Ho, możemy być pewni, że akcja wymknie się spod jakiejkolwiek kontroli.

Postać głównego bohatera - King Konga - to oczywiście nawiązanie do Jamesa Bonda, który potrafił wyjść z każdej opresji oraz posiadał w zanadrzu arsenał gadżetów, którymi utrudniał życie swoim wrogom. Co ciekawe, oglądając ten film byłem początkowo przekonany iż główną rolę zagrał Jackie Chan, który również dobrze rozdawał kopniaki co chodził po linie i wykonywał inne popisy kaskaderskie.

Postać amerykańskiego detektywa to wyraźne nawiązanie do słynnego Clouseau. W filmie aż kipi od aluzji do pechowego inspektora, który w chwili kręcenia „Mad Mission” (1982) już nie żył – Peter Sellers zmarł w 1980 roku. Jego „następca” również ma wyjątkowy talent do wpadania w tarapaty, choć trzeba przyznać, że oryginalny Clouseau miał w sobie jeszcze odrobinę więcej uroku. Pojawia się też mrugnięcie w stronę Kojaka – detektyw ze Stanów jest łysy i nosi ksywkę „Kodojack”. Przypadek? Trudno w to uwierzyć.

Między Samem Hui a Karlem Maką widać świetną chemię – na ekranie tworzą duet zgrany, zabawny i bardzo „do polubienia”. Temperamentu dodaje im sierżant Nancy Ho, grana przez Sylvię Chang, która potrafi w jednej chwili wybuchnąć, a w następnej rozbroić sytuację humorem. A na deser możemy obejrzeć całą kolekcję gadżetów King Konga: od latawców po miniaturowe, wybuchające samochodziki wyścigowe.

„Wielki skok” to remake brytyjskiego filmu „Och, jaki pan szalony” z 1972 roku, lecz tutaj otrzymujemy wersję przepuszczoną przez hongkońską wyobraźnię. Oryginału nie widziałem, więc trudno mi go porównywać, ale pamiętam doskonale pierwsze zetknięcie z „Mad Mission” w latach 80. – na ekranie telewizora robił ogromne wrażenie. Było tu wszystkiego po trochu: humor, akcja, szalone pościgi i efektowne popisy kaskaderskie. Wiele scen przywołuje skojarzenia z innymi filmami – choćby pościg podczas spektaklu „Jeziora łabędziego”, będący oczywistym ukłonem w stronę „Nocy w operze” Braci Marx (mnie osobiście przypomniała się wtedy „Czacha dymi”).

Film ten zdobył taką popularność, że w latach 80. doczekał się jeszcze czterech kontynuacji (ostatnia część powstała w 1997 roku), a każda kolejna próbowała przebić poprzednią – więc naprawdę jest do czego wracać.
Jak wspomniałem na początku, wielu osobom ten film kojarzy się przede wszystkim z melodią przewodnią i piosenką, którą śpiewa sam Sam Hui, filmowy King Kong. Wystarczy kilka pierwszych taktów i nagle znowu jest późny wieczór, telewizor szumi, a my siedzimy po cichu, żeby nie obudzić domowników.
Choć od premiery pierwszej części minęło już sporo czasu, uważam, że warto do niej wrócić. To kawał szalonej, hongkońskiej rozrywki, która bawi do dziś. Warto też sięgnąć po kolejne odsłony serii – każda stara się być jeszcze bardziej zwariowana niż poprzednia. Idealny seans na powrót do tamtych lat.









