Nic nie widziałem, nic nie słyszałem
komedia z czasów, gdy wystarczył pomysł
Po jeziorze tratwą płyną ślepy i głuchy. Gdzieś na środku jeziora głuchemu wypada jedno wiosło.
– No to, k…wa, dopłynęliśmy… – mruczy z rezygnacją.
Na co ślepy… wstaje.

Takie dowcipy krążyły kiedyś z ust do ust – opowiadane półgłosem, z lekkim zawahaniem, ale i nieodpartą potrzebą śmiechu. Dziś pewnie wywołałyby dyskusję, wtedy były po prostu częścią codzienności. I właśnie z tej nieoczywistej, ryzykownej materii narodził się film Nic nie widziałem, nic nie słyszałem – komedia, która zamiast szydzić, bawi zaskakująco ciepło i inteligentnie.

Dwaj bohaterowie – jeden niewidomy, drugi niesłyszący – pracują w małym kiosku, gdzie pewnego dnia dochodzi do morderstwa. Każdy z nich "zarejestrował" coś innego: głuchy widział uciekającego sprawcę (a właściwie jego nogi), ślepy słyszał strzał i zapamiętał zapach kobiecych perfum. Złożone razem elementy układanki zamiast pomóc… wpędzają ich w kłopoty. Posądzeni o zbrodnię, zmuszeni są uciekać i na własną rękę odnaleźć prawdziwych winnych.

W rolach głównych pojawiają się Gene Wilder i Richard Pryor – duet, który w latach 80. i 90. był gwarancją dobrej zabawy. Ich bohaterowie nie są jednak jedynie bezradnymi ofiarami losu. Jeden nadrabia sprytem i umiejętnością radzenia sobie na ulicy, drugi – mimo głuchoty – znakomicie czyta z ruchu warg. To właśnie te kontrasty napędzają humor i sprawiają, że widz szybko zaczyna im kibicować.
Reżyser Arthur Hiller postawił na prostotę. Kryminalna intryga jest tu raczej szkieletem niż sednem opowieści. Prawdziwą siłą filmu są pomyłki, nieporozumienia i komediowe sytuacje, które wynikają z naturalnych ograniczeń bohaterów. Nie ma tu wybuchów ani efekciarskich pościgów – jest za to doskonałe wyczucie rytmu, gestu i spojrzenia.

Każdy gag jest przemyślany i rozegrany z precyzją, jakiej dziś coraz częściej brakuje. Scena, w której ślepy przeprowadza ślepego przez ulicę, momenty na komisariacie czy samochodowy pościg (z bardzo nietypowym kierowcą) na długo zapadają w pamięć. Na drugim planie pojawiają się m.in. Kevin Spacey oraz Joan Severance, ale to Wilder i Pryor niepodzielnie rządzą ekranem.

Dziś film ten ogląda się trochę inaczej niż kiedyś. Nie na przypadkowej kasecie VHS, nie z wypożyczalni, nie z reklamą proszku do prania przerywającą seans. Ogląda się go z lekkim uśmiechem i myślą, że to kino z czasów, gdy humor był prostszy, a jednocześnie bardziej ludzki. Gdy śmialiśmy się nie dlatego, że „wypada”, ale dlatego, że scena była dobrze zagrana.
„Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” to dziś nie tylko komedia, ale też pocztówka z epoki, w której kino potrafiło być jednocześnie bezczelne i ciepłe. I może właśnie dlatego wraca się do niego z takim sentymentem – bo przypomina, że czasem wystarczyło usiąść przed ekranem, żeby po prostu dobrze się bawić.








