Zegarek elektroniczny – szpan na miarę lat 80.

Dziś zegarek na ręku potrafi mierzyć puls, liczyć kroki, odbierać wiadomości, płacić za zakupy i informować właściciela, że od dwóch godzin nie ruszył się z fotela. W latach 80. wystarczyło jednak znacznie mniej, by elektroniczny zegarek na dziecięcym nadgarstku wzbudził zainteresowanie całego podwórka.
Pokazywał godzinę. Miał stoper. Budzik. Podświetlenie.
A jeśli do tego potrafił zagrać jedną z kilku czy kilkunastu melodyjek – właściciel miał już czym się pochwalić.
Elektroniczny zegarek stał się jednym z wymarzonych prezentów, a w drugiej połowie lat 80. szczególne miejsce zajmowały popularne zegarki typu Montana. Wersja z siedmioma melodyjkami była dobra. Ale jeśli ktoś miał 16 Melody Chrono, było już o czym rozmawiać.
Zanim nadeszła Montana
Elektroniczny zegarek nie pojawił się jednak w Polsce wraz z azjatyckim zalewem lat 80.

Już w drugiej połowie lat 70. warszawskie zakłady Unitra-Warel produkowały zegarki elektroniczne z czerwonym wyświetlaczem LED. Wczesne egzemplarze wykorzystywały japońskie moduły firmy Sanyo. Czas nie był wyświetlany bez przerwy – żeby zobaczyć czerwone cyfry ukryte za ciemnym szkiełkiem, należało nacisnąć przycisk.
Oszczędzano w ten sposób baterie, których ówczesne wyświetlacze LED potrzebowały niemało.
Dzisiaj takie zegarki są poszukiwanymi przedmiotami kolekcjonerskimi. Wtedy wyglądały po prostu jak kawałek przyszłości założony na rękę.
Siedem czy szesnaście?
Prawdziwy zegarkowy szał przyszedł jednak w latach 80. wraz z tanimi zegarkami elektronicznymi produkowanymi w Azji.
Jednym z symboli tamtych czasów została Montana. Metalowa bransoleta, cyfrowy wyświetlacz, alarm, stoper, podświetlenie, a przede wszystkim coś znacznie ważniejszego:
melodyjki...
Siedem albo – w bardziej pożądanej wersji – szesnaście. Z niewielkiego zegarka można było usłyszeć elektroniczne wersje melodii takich jak „Oh My Darling, Clementine” czy „When the Saints Go Marching In”.
I najwyraźniej liczba melodyjek naprawdę miała znaczenie. Wspominający dziś swoje Montany właściciele nadal pamiętają, czy mieli wersję siedmio-, czy szesnastomelodyjkową. Jeden z nich wspomina również cenę około 7000 zł i rok 1985.
Stoper? Oczywiście, że do grania
Producent mógł sobie wyobrażać, że stoper będzie służył do poważnego mierzenia czasu.
Dzieci miały na ten temat własne zdanie.
Urządzało się zawody: kto uruchomi i zatrzyma stoper w najkrótszym czasie. Innym razem należało zatrzymać go możliwie najbliżej umówionej wartości – dokładnie na pięciu albo dziesięciu sekundach.
Nagle okazywało się więc, że nawet zwykły stoper jest grą. Wystarczyło dwóch dzieciaków i odrobina wyobraźni.
Zegarek na komunię
W latach 80. elektroniczny zegarek stał się również jednym z charakterystycznych prezentów komunijnych. W internetowych wspomnieniach po kilkudziesięciu latach wciąż powtarza się to samo połączenie: komunia – zegarek – Montana – 16 melodyjek.
Mnie jednak Montana ominęła.
Na swoją komunię, w pierwszej połowie lat 80., dostałem od ukochanej cioci zegarek kupiony za dolary. I nie była to żadna azjatycka podróbka.
Był to Casio GC-7 z wbudowaną grą - Cosmo Flight.
Nie miał kilkunastu melodyjek.
Miał coś lepszego ... GRĘ !!!
Król podwórka

Casio GC-7 pojawił się na rynku w 1984 roku i wykorzystywał moduł 251. Należał do niezwykłej rodziny zegarków Casio, w których niewielki ciekłokrystaliczny wyświetlacz służył nie tylko do sprawdzania godziny. Można było na nim również grać.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jakie wrażenie robiło coś takiego na dzieciaku w pierwszej połowie lat 80.
Nie wyciągało się z kieszeni telefonu. Nie miało się przenośnej konsoli. Nawet dostęp do zwykłych gier elektronicznych był czymś wyjątkowym.
A tutaj gra znajdowała się na ręku.
Pamiętam, co wydarzyło się, gdy wyszedłem z tym zegarkiem na podwórko.
Z dnia na dzień stałem się królem podwórka, a koledzy lgnęli do mnie jak pszczoły do miodu.
Nie chodziło im oczywiście wyłącznie o moje wyjątkowe towarzystwo. Każdy chciał dostać zegarek na chwilę i zagrać w Cosmo Flight.
I spróbuj tu później wytłumaczyć dziecku, że podstawową funkcją zegarka jest sprawdzanie godziny.
Mały gadżet, wielkie emocje
Montany nie były luksusowymi zegarkami. Ich wykonanie bywało dalekie od ideału, bransolety nie należały do szczególnie wyrafinowanych, a po latach użytkownicy wspominają również ich awaryjność.
Tylko że dla dzieciaka nie miało to większego znaczenia.
Liczyło się, że zegarek pikał, grał, świecił i miał przyciski. Można było porównywać funkcje z kolegami, urządzać zawody na stoperze, puszczać melodyjki i – co równie istotne – wystawić rękę tak, żeby inni zauważyli, co ma się na nadgarstku.
>Casio z grą przenosiło ten szpan jeszcze poziom wyżej.
Po czterdziestu latach większość tych elektronicznych cudów zniknęła. Część leży gdzieś na dnie szuflad, inne trafiają na aukcje i do kolekcjonerów. Nawet dawne zegarki Unitra-Warel stały się dzisiaj poszukiwanymi pamiątkami polskiej elektroniki.
A przecież kiedyś chodziło o coś znacznie prostszego.
O wyjście na podwórko, podwinięcie rękawa i usłyszenie:
– Dasz pograć?