Czekolada, która czekoladą nie była

Wyroby czekoladopodobne

Czekolada była. Tylko że czasami jej nie było.

W latach 80., gdy kryzys gospodarczy coraz mocniej dawał się we znaki, problemy dotknęły również przemysł cukierniczy. Do produkcji prawdziwej czekolady potrzebne były importowane surowce kakaowe, a za te trzeba było płacić dewizami. Twardą walutę państwo wolało przeznaczać na pilniejsze zakupy.

Jedna z technolożek zakładów cukierniczych w Raciborzu wspominała po latach, że gdy zaczęło brakować ziarna kakaowego, zjednoczenie po prostu odcięło fabryce dostawy. Polecenie miało być proste: trzeba zrobić coś, co będzie przypominało czekoladę, ale obejdzie się bez deficytowego surowca.

I zrobiono.

Wyroby czekoladopodobne Kaprys i Magnolia

Czym właściwie był wyrób czekoladopodobny?

Najważniejsza różnica kryła się w tłuszczu. W prawdziwej czekoladzie ważną rolę odgrywa masło kakaowe. W kryzysowym zamienniku zastępowano je tańszymi tłuszczami roślinnymi. Kakao lub miazga kakaowa zapewniały odpowiednią barwę i choć trochę znajomego smaku, do tego dochodziły cukier puder, lecytyna i inne dodatki.

Nie była to zresztą żadna produkcyjna samowolka. Wyroby czekoladopodobne doczekały się własnych norm branżowych. Norma BN-87/8097-11 wyróżniała nawet wersję deserową i mleczną, z dodatkami lub bez nich.

Tyle teoria.

W praktyce trudno było pomylić taki produkt z dobrą czekoladą. Miał jaśniejszą, wyblakłą barwę, był bardziej miękki, łatwo zostawał na palcach, a w ustach zamiast przyjemnie się rozpływać, potrafił oblepiać zęby.

Ze smakiem również bywało różnie. Jeden z opisów porównuje go nawet do... zmielonej tektury.

A potem zabrakło nawet zamienników

Kryzys potrafił jednak pokonać nawet wyrób czekoladopodobny.

Kiedy w okresie stanu wojennego zaczęło brakować również odpowiednich tłuszczów roślinnych, producenci eksperymentowali z olejem rzepakowym. Powstał produkt noszący zgodną z normą, wyjątkowo mało apetyczną nazwę:

„wyrób z masy tłustej”.

Jedna z technolożek wspominała, że nazwa może nie zachęcała do zakupu, ale w tamtych czasach mało kto zwracał na nią uwagę.

Jeżeli więc komuś wydawało się, że określenie „wyrób czekoladopodobny” brzmi mało smakowicie, przemysł PRL potrafił znaleźć nazwę jeszcze lepszą.

Wyroby czekoladopodobne 22 Lipca d. E. Wedel

I w kryzysie nie damy się

Symbolem tamtych czasów stały się również opakowania. Kolorową, atrakcyjną etykietę potrafiła zastąpić zwykła „etykieta zastępcza”.

Szczególnie zapamiętano produkt Zakładów Przemysłu Cukierniczego 22 Lipca, czyli dawnego Wedla, na którego kryzysowym opakowaniu znalazło się optymistyczne hasło:

„I w kryzysie – nie damy się”.

Hasło przetrwało zresztą znacznie dłużej niż sam kryzys i do dziś pojawia się we wspomnieniach o spożywczych ersatzach PRL.

Wyroby czekoladopodobne czyli popularna śmietankowa Wedla

Czekoladopodobny symbol lat 80.

Sam pomysł zastępowania drogich składników tańszymi odpowiednikami oczywiście nie był polskim wynalazkiem. Podobne produkty powstawały także w innych państwach bloku wschodniego.

W Polsce jednak określenie „wyrób czekoladopodobny” zrobiło szczególną karierę. Stało się jednym z językowych symboli kryzysowych lat 80. – obok kartek, kolejek, etykiet zastępczych i produktów, które czasem bardziej udawały towar, niż nim były.

Co ciekawe, sama kategoria przetrwała PRL. Jeszcze norma z 1987 roku dotycząca wyrobów czekoladopodobnych pozostawała później w wykazach norm branżowych.

Dzisiaj już sama nazwa brzmi jak żart z minionej epoki.

Wtedy jednak chodziło o coś bardzo prostego.

Czekolady brakowało.

Więc zrobiono coś, co miało ją przynajmniej przypominać.