Są takie wspomnienia, których nie trzeba oglądać na starych fotografiach. Wystarczy zapach, smak albo dźwięk i nagle wracają.

Dla jednych będzie to „Polka Dziadek” dobiegająca z radia, dla innych zapach nagrzanego asfaltu po letnim deszczu. Ale wakacje naszego dzieciństwa miały również swoje smaki. I choć od tamtych lat minęło już kilka dekad, niektóre z nich pamiętamy z zadziwiającą dokładnością.

Smaki wakacji: dzieci jedzące lody

Bo jak smakowały wakacje?

Trochę jak lody kupione w budce. Trochę jak oranżada. Jak jagody przyniesione z lasu, truskawki z działki, kromka chleba zabrana nad rzekę i gofr jedzony gdzieś na nadmorskim deptaku.

A czasami wakacje smakowały po prostu jak woda. Ta z kranu, wypita po całym dniu biegania po podwórku, albo ta ze studni na wsi. Kręciło się korbą, metalowe wiadro znikało gdzieś w ciemnej czeluści, po chwili słychać było plusk i zaczynało się mozolne wyciąganie go z powrotem na górę.

Smaki wakacji: wiejska studnia głębinowa

Woda ze studni była chłodna, ale przede wszystkim wydawała się niezwykle świeża i naturalna. Nie przyjechała w plastikowej butelce, nie miała etykiety ani wymyślonej nazwy. Przed chwilą była jeszcze kilka metrów pod ziemią.

Po całym dniu spędzonym na dworze trudno było wyobrazić sobie coś lepszego.

Lody, które trzeba było jeść szybko

Latem lody miały jedną zasadniczą wadę — topiły się zdecydowanie szybciej, niż powinny.

Smaki wakacji: lodziarz sprzedający lody Bambino

Kupowało się je w kiosku, sklepie albo niewielkiej budce. Ale lody potrafiły też przyjść do nas same. W miejscowościach wypoczynkowych, a szczególnie na zatłoczonych nadmorskich plażach, pojawiali się wędrowni sprzedawcy. Przeciskali się pomiędzy plażowiczami z zapasem lodów, nawołując:

– Lody, lody dla ochłody!

I dziecięce głowy natychmiast odwracały się w ich stronę.

W upalny dzień trudno było o skuteczniejszą reklamę. Wystarczyło zobaczyć sprzedawcę i już zaczynały się negocjacje z rodzicami. Wśród sprzedawanych w ten sposób lodów można było trafić choćby na popularne Bambino – prostokątny lodowy baton na patyku, który dla wielu stał się jednym ze smaków tamtych wakacji.

A kiedy upragniony lód znalazł się już w ręku, należało natychmiast przystąpić do działania. Chwila nieuwagi wystarczyła, żeby zaczął spływać po patyczku, dłoni, a następnie po ubraniu.

Były lody na patyku, w kubeczkach, rożkach i oczywiście gałkowe. Jedni mieli swoje ulubione smaki, inni brali po prostu takie, jakie akurat były.

Wakacyjny lód nie musiał wyglądać jak dzisiejszy deser z katalogu. Nie potrzebował polewy z siedmiu rodzajów czekolady, posypki, ciasteczek i trzech sosów.

Miał być zimny, słodki i dostępny.

I najlepiej, żeby starczyło pieniędzy na następnego.

Smaki wakacji: oranżada i chleb ze smalcem

Ążarada, czyli oranżada

Kiedy byłem mały, miałem pewien problem ze słowem „oranżada”. W moim wykonaniu była to po prostu „ążarada”. I zapewne nie miało większego znaczenia, jak się nazywała, byle tylko była słodka, gazowana i najlepiej dobrze schłodzona.

Oranżada była jednym z nieodłącznych smaków lata. Czerwona, pomarańczowa, czasem niemal bezbarwna — zależnie od producenta i tego, co akurat udało się kupić. Nalewana do szklanych butelek i zamykana metalowym kapslem, potrafiła smakować zupełnie inaczej w różnych częściach Polski. W czasach wielu lokalnych rozlewni nie istniała przecież jedna oranżada o jednej recepturze i jednej etykiecie.

Najlepiej smakowała oczywiście zimna. Po całym dniu biegania, podczas wycieczki albo wakacyjnego wyjazdu charakterystyczne syknięcie przy zdejmowaniu kapsla oznaczało, że za chwilę będzie można ugasić pragnienie czymś znacznie atrakcyjniejszym niż zwykła woda.

Smaki wakacji: butelki po oranżadzie z kapslem

Nie każda oranżada wymagała jednak walki z metalowym kapslem. W latach 70. można było spotkać również charakterystyczne butelki z porcelanowym korkiem na metalowym kabłąku. Wystarczyło odchylić zamknięcie, a korek odskakiwał z charakterystycznym syknięciem.

I miało to ogromną przewagę nad zwykłym kapslem. Jeśli nie wypiło się wszystkiego od razu, korek można było ponownie zatrzasnąć. Gumowa uszczelka znów zamykała butelkę i nie trzeba było patrzeć z rozpaczą, jak z niedopitej oranżady powoli „uciekają bąbelki”.

Powspominajmy na forum

Sama butelka była zresztą na tyle charakterystyczna, że dziś wystarczy ją zobaczyć, żeby człowiek przypomniał sobie nie tylko oranżadę, ale również ten moment otwierania korka.

Była też oranżada w proszku. Zgodnie z zamysłem producenta należało wsypać ją do wody i przygotować napój. Dzieci miały jednak własną instrukcję obsługi. Rozrywało się opakowanie, wsypywało trochę proszku prosto do ust i czekało, aż zacznie musować na języku.

Czy było to zgodne z zaleceniami producenta? Zapewne nie.

Czy ktoś się tym przejmował? Jeszcze mniej. W końcu byliśmy pokoleniem uwielbiającym eksperymenty. :)

Do tego dochodziły różnego rodzaju lemoniady i napoje, których smak dziś zapewne ocenilibyśmy znacznie bardziej krytycznie.

Smaki wakacji: oranżada w woreczkach

Były też napoje, które nie potrzebowały ani butelki, ani kapsla. Kolorowy napój w foliowym woreczku wystarczało przebić plastikową rurką i można było ruszać dalej. Czerwony albo żółty, kupiony w spożywczaku czy warzywniaku, był jednym z tych drobiazgów, które dziś natychmiast przenoszą nas w lata 80.

Pamiętacie napoje w woreczkach?

Wtedy kryteria były prostsze:

jest zimne? jest słodkie? można wypić?

To poproszę.

Smaki wakacji: saturator

Woda z saturatora

W mieście wakacyjny spacer mógł zakończyć się przy saturatorze.

Woda sodowa — czysta albo z sokiem — potrafiła być prawdziwym wybawieniem podczas upalnego dnia. Saturatory stojące na ulicach stały się zresztą jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów tamtych czasów.

Dzisiaj wspominamy przede wszystkim szklanki wielokrotnego użytku (zwane gruźliczankami), ale wtedy człowiek raczej nie prowadził analizy sanitarnej urządzenia.

Chciało się pić. I to był argument rozstrzygający.

Smaki wakacji: gofr z bitą śmietaną i truskawkami

Gofry, wata cukrowa i smak wakacyjnego wyjazdu

Niektóre rzeczy smakowały najlepiej właśnie dlatego, że nie jadło się ich codziennie.

Gofr kupiony podczas wakacyjnego wyjazdu był wydarzeniem. Podobnie wata cukrowa, która kleiła się do palców, twarzy i wszystkiego znajdującego się w promieniu pół metra.

Dochodziły do tego budki, kioski i niewielkie punkty gastronomiczne w miejscowościach wypoczynkowych. Zapach jedzenia mieszał się z zapachem rozgrzanego deptaka, lasu albo morza.

I nawet jeżeli dziś znaleźlibyśmy znacznie lepszy gofr, tamtego już nie da się odtworzyć.

Bo brakowałoby najważniejszego składnika - mielibyśmy kilkanaście lat za dużo.

Prosto z krzaka, drzewa i lasu

Wakacje miały też smaki, za które nikt nie musiał płacić.

Smaki wakacji: truskawki prosto z krzaka

Truskawki, maliny, porzeczki, agrest, wiśnie, czereśnie. Na wsi i działce dochodziło do tego wszystko, co akurat dojrzewało i znajdowało się w zasięgu ręki.

A w lesie czekały jagody.

Oczywiście teoretycznie można je było przynieść do domu. Teoretycznie.

W praktyce spora część znikała jeszcze podczas zbierania, czego najlepszym dowodem były później fioletowe języki i palce.

Do tego dochodziły poziomki — małe, niepozorne i pachnące tak intensywnie, że kilka znalezionych przy leśnej drodze potrafiło być większą atrakcją niż niejeden kupiony deser.

Smaki wakacji: kanapka ze smalcem i ogórkiem

Kanapka nad wodą smakowała inaczej

To jeden z tych fenomenów, których nauka chyba nigdy dostatecznie nie wyjaśniła.

Ta sama kromka chleba z serem czy wędliną zjedzona w domu była po prostu kanapką.

Ale po kilku godzinach nad jeziorem, rzeką albo na wycieczce stawała się najlepszą kanapką świata.

Wyciąganą z torby, czasem już trochę zgniecioną. Obok jajko na twardo, pomidor, coś do picia. Żadnego wymyślnego pikniku.

A człowiek był głodny tak, jak można być głodnym tylko po kilku godzinach pływania, biegania i robienia rzeczy absolutnie niepotrzebnych.

Smaki kolonii i obozów

Osobną kategorię stanowiło jedzenie na koloniach i obozach.

Tutaj wspomnienia potrafią być... bardzo różne.

Były śniadania przy długich stołach, zupy, kompoty, podwieczorki i kolacje. Na obozie harcerskim dochodziło jedzenie przygotowywane w warunkach, w których dzisiejszy sanepid prawdopodobnie dostałby lekkich palpitacji.

Smaki wakacji: duża chochla do gotowania i nalewania

Nad wielkimi kotłami królowała jeszcze chochla – a właściwie potężny czerpak na długiej rączce. Kto próbował nim kiedyś nalać zupy albo herbaty do menażki, ten wie, że nie była to wcale taka prosta sztuka. Trzeba było nabrać odpowiednią ilość, unieść ciężką chochlę i trafić do niewielkiego naczynia, nie urządzając przy okazji obiadu dla trawy pod nogami.

Po kilku dniach człowiek nabierał wprawy. Pierwszego dnia jednak łatwo było się przekonać, że zupa nalana do menażki i zupa wylana na menażkę to dwa różne posiłki.

A jednak po całym dniu zajęć znikało.

Nie wszystko oczywiście budziło entuzjazm. Każdy turnus miał chyba potrawę, na widok której część uczestników zaczynała rozważać ucieczkę do domu.

Ale były też rzeczy, na które się czekało.

I po latach nawet smak zwyczajnego kolonijnego kompotu potrafi przypomnieć jadalnię, kolegów przy stole i pytanie:

Smaki wakacji: blok czekoladowy

— Kto nie chce deseru?

To był moment, w którym należało zachować szczególną czujność.

Smak podwórka

A czasem wakacje nie smakowały niczym szczególnym.

Kawałkiem chleba z masłem. Bułką. Jabłkiem zabranym z domu. Herbatą przygotowaną przez mamę albo babcię. Wodą wypitą w biegu, żeby jak najszybciej wrócić na podwórko.

Bo przecież na dole czekali koledzy.

Nie było czasu na celebrację posiłku. Trwał mecz, ktoś wyciągnął rower, budowaliśmy bazę albo właśnie wydarzyło się coś niezwykle ważnego, co dorośli z niezrozumiałych powodów uznaliby za kompletną głupotę.

— Zjedz chociaż coś!

— NIE JESTEM GŁODNY!

Pięć minut później człowiek był głodny.

Tego smaku już nie kupimy

Smaki wakacji: wata cukrowa

Wiele z tamtych rzeczy można znaleźć również dzisiaj. Możemy kupić oranżadę, watę cukrową, lody, gofra czy jagody. Możemy zrobić kanapki i pojechać z nimi nad jezioro.

Tylko że będą smakowały trochę inaczej.

Nie dlatego, że zmieniły się receptury.

Zmienił się ten, kto je je.

Wtedy wakacje wydawały się nie mieć końca. Przed nami były całe tygodnie bez szkoły, bez sprawdzianów, bez wstawania na pierwszą lekcję. Największym problemem mogło być to, że zabrakło pieniędzy na drugiego loda albo trzeba było wracać do domu, kiedy na podwórku właśnie zaczynało dziać się coś ciekawego.

I chyba właśnie dlatego zwyczajna oranżada, lód na patyku czy kanapka zjedzona nad wodą smakowały wtedy lepiej.

Bo razem z nimi dostawaliśmy coś, czego nie można było kupić w żadnym kiosku ani sklepie — cały wakacyjny dzień przed sobą.

A tych dni, kiedy byliśmy dziećmi, zawsze miało być jeszcze bardzo dużo.

Tyle że kalendarz miał na ten temat własne zdanie.

I nieubłaganie zbliżał się wrzesień...

Ale to już zupełnie inna historia. 😈