|

Rok 1983r. Do kin wchodzi film
Krzysztofa Gradowskiego "Akademia Pana Kleksa". Wchodzi
i prawie natychmiast podbija serca ówczesnych dzieci
swoją pomysłowością a przede wszystkim swoimi
piosenkami. Już czołówka ukazała w całej glorii styl
filmu: klasyczną bajkę, opowiedzianą ze współczesną
energią, nerwem i przy użyciu wszelakiego arsenału
ówczesnej techniki filmowej. Kamera nachyla się nad
biurkiem pisarza, który maczając pióro w kałamarzu,
pisze tytuł książki. Nagle atramentowy kleks,
niespodziewanie uwolniwszy się z czubka pióra, zaczyna
żyć własnym życiem. Rozbrzmiewa instrumentalna wersja
piosenki "Witajcie w naszej bajce". Kleks wstaje z
kartki i salwuje się ucieczką przed grupką rysunkowej
dzieciarni. Gonitwa po dachach, na tle kalejdoskopowo
zmieniającego się nieba, wieńczy ogromna miotła (?),
okazująca się częścią maszynerii, odsłaniającej widok
przestrzeni kosmicznej. W rytmie fenomenalnego tematu
muzycznego "Kosmiczny prolog", widzimy symbol filmu -
wielki, wirujący guzik, zamieniający się w feerię
rewiowych świateł, na tle których, w pełnej chwale
pojawia się tytuł "Akademia pana Kleksa".

Krzysztof Gradowski w ponurych czasach
stanu wojennego stworzył film niezwykły. Podczas gdy
nasi rodzimi twórcy kręcili poważne dramaty
społeczno-obyczajowo-psychologiczno-zaangażowane, a
jedynymi dostarczycielami ekranowej rozrywki byli
Juliusz Machulski i Stanisław Bareja, "Akademia pana
Kleksa" zadziwiła radością, optymizmem i baśniową
cudownością. Reżyser z niespotykaną witalnością i
energią zaserwował kolorowy świat dziecięcych marzeń,
gdzie przygoda czeka nawet na szarym podwórku Adasia Niezgódki. Nie jest to jednak nudna bajkowość "na
klęczkach", o którą najłatwiej. Gradowski połączył
pogodny świat pana Kleksa z mrocznym pochodem wilków,
złowrogim laboratorium Golarza Filipa i klasyczną
baśniową scenerią opowieści szpaka Mateusza. Mało tego -
w filmie jest także miejsce na sekwencje rysunkowe
(czołówka i "sen o siedmiu szklankach"), muppetopodobne
Psie Niebo, a nawet kawałek kina eksperymentalnego
(wizje Trzeciego Oka). Pomimo tego rozrzutu
stylistycznego, w "Akademii..." zachwyca mnogość
bajkowych krain i miejsc, w których magia i zaklęcia są
na porządku dziennym. Do tej pory zadziwia konsekwencja
Krzysztofa Gradowskiego, który brawurowo przeniósł na
ekran tak niezwykłe pomysły, jak chociażby słynna "kleksografia".
Z punktu widzenia techniki efektów specjalnych,
wykonanie takiej sekwencji w siermiężnych polskich
warunkach, wymagającej ścisłego dopasowania animacji
rysunkowej z żywym obrazem, to najprawdziwsza magia,
godna doktora Paj-Chi-Wo. Przekonujący okazał się także
wybór siedziby Akademii. Z zewnątrz zagrał ją zespół
pałacowo-parkowy w Nieborowie.

Drugą siłą napędową filmu był Piotr
Fronczewski, który zagrał rolę swego życia. Nie sposób
wyobrazić sobie pana Kleksa, bez charakterystycznej dla
tego aktora mieszanki ekspresji i melancholii. Kleks to
z jednej strony szanowany profesor i czcigodny mentor
gromadki urwisów, odkrywający drzemiące w nich pokłady
wyobraźni, a jednocześnie to ktoś w rodzaju starszego,
doświadczonego kolegi, nadającego na tych samych falach.
Fronczewski łącząc dziecięcą wręcz radość wspólnego
przeżywania wspaniałych przygód, z charyzmatycznym
nauczycielskim tonem, uniknął pułapki taniego
psychologizowania i budowania wokół siebie otoczki
niedostępnego autorytetu. Jakże to odległe od zachowań
sztywnego i poważnego ciała pedagogicznego Hogwartu z
serii o Harrym Potterze (może za wyjątkiem przyjaznego
prof. Dumbledore'a). Skojarzenie tych filmów narzuca się
niemal automatycznie. Oglądając pierwszy film z
potterowej serii, można poczuć się znowu jak 10-letni
dzieciak, który wiele lat temu po raz pierwszy zobaczył
w kinie "Akademię pana Kleksa". Zresztą przygody
Harry'ego i Adasia były bardzo podobne, ale na korzyść
dużo skromniejszego filmu Krzysztofa Gradowskiego,
przemawia (dosłownie!) genialny głos Piotra
Fronczewskiego, szczególnie w piosenkach, skomponowanych
przez Andrzeja Korzyńskiego.

Mówi się, że najcenniejsze filmy to te,
które oglądane w dzieciństwie z wypiekami na twarzy, nic
nie tracą ze swego uroku po latach, gdy jako dorośli,
ponownie chcemy przeżyć kolorową baśń lat młodzieńczych.
"Akademia pana Kleksa" to właśnie taki film. Oczywiście,
że dzisiejszy 30-latek jak na dłoni zobaczy wszelkie
niedoróbki, pobożne życzenia twórców, niezbyt trafione
pomysły, archaiczne rozwiązania trikowo-scenograficzne i
naiwną bajkowość świata przedstawionego. Ale pozostał
ten niezapomniany, szczery dziecinny zachwyt, który po
20 latach nadal pozwala cieszyć się tą bajką. To chyba
największy sukces "Akademii pana Kleksa".
W tworzeniu opisu wykorzystano fragmenty
recenzji Adriana "ADI" Szczypińskiego
pochodzące ze strony
Klubu Miłośników Filmu.
|